poniedziałek, 25 maja 2015

01 Belgia - Gandawa (Gent)






Równo rok temu przemierzałem Białoruś w poszukiwaniu kocich pomników. Tym razem 9 maja wyruszyłem na kolejną kocią wyprawę, której głównym celem miała być Kocia Parada w Ypres. Ale to nie koniec atrakcji, bo pod względem "kociowatości" to była moja najbardziej udana podróż. W najbliższych 18 rozdziałach przeczytacie m.inn o kocich pomnikach, kotach mieszkających w sklepach i restauracjach (o tych w Amsterdamie powstała nawet książka!), kocich nazwach knajp, odwiedzę też dwie Cat Cafe, a na koniec zapoznam z pewnym słynnym kotem-miłośnikiem tramwajów - tak więc zapraszam do czytania i częstych odwiedzin :)


Do Belgii jechałem bodaj największym polskim przewoźnikiem autokarowym o przyjemnej, miło się kojarzącej nazwie. Było wręcz całkiem wygodnie, do czasu aż w Porcie Świecko nastąpiła przesiadka do gorszego autobusu, który miał mnie zawieźć do Gandawy w Belgii. Firma reklamująca się posiadaniem autokarów klasy premium, a miejsca na nogi mniej niż w starych PKSach. Ponoć w niektórych jest nawet wi-fi, ale w żadnym z czterech którymi jechałem nie było dostępu do netu. Trochę słabo jak na klasę premium, ale to było jeszcze do przeżycia. Największym problemem były filmy - i żeby nie było, pisze to kinoman. Puszczanie od rana do nocy pod rząd czterech kiepskich produkcji, to jest wręcz katorga. Rekompensując, że nie za wiele widać z daleka na 15 calowym ekraniku LCD, słychać było aż za dobrze - ścieżka dźwiękowa "wyła" z każdego głośnika. Myślałem, że pewnie puszczą wieczorem, jak już się ściemni jakiś film. No jeden, góra dwa - stąd nie brałem pod uwagę zabrania zatyczek do uszu. Ale tak od rana? I to jakieś żenujące polskie niby kom-romy, albo marne sensacje klasy C? I to w czasach kiedy większość ma tablety, albo notebooki i może sobie obejrzeć dowolny film na swoim ekranie, nie przeszkadzając innym? Już ponad 10 lat temu, jak jechałem z Madrytu do Lizbony i włączyli film (jeden), to rozdawali każdemu słuchawki i kto chciał mógł sobie je podpiąć i cieszyć się z seansu. Podobnie było w Czechach rok temu na krótkiej trasie z Pragi do Karlowych War. Bo do głowy by im nie przyszło, żeby przeszkadzać niezainteresowanym filmem pasażerom i puszczać ścieżkę dźwiękową na cały autobus. Ale jak widać w polskiej klasie premium (a pewnie i w innej też) są inne zasady, inne zwyczaje. Mimo iż byłem w tym autokarze jedynym turystą...tfu, podróżnikiem, i jako jedyny chciałem w spokoju poczytać książkę, to jednak rozglądając się spostrzegłem, że może tylko z połowa pasażerów jest zainteresowana filmem, a reszta woli rozmawiać, spać, bądź gapić się w sufit, tudzież przez okno. Uff... to tyle moich dywagacji o tej nieszczęsnej klasie premium.
Z Krakowa wyjechałem o 11:00, a do Świecka przyjechałem o 18:30 - miałem prawie dwie godziny wolnego czasu, bo autobus do Belgii podstawiali o 20:20



Jeszcze słówko o jednym absurdzie rodem z klasy premium. Zarówno na filmie reklamowym puszczonym w autokarze, jak i ze słów pani pilotki jasno wynikało, że zabronione jest spożywanie alkoholu. Ok, niektórym picie podczas jazdy nie służy, a takie piwko, to może się nawet wylać i zabrudzić siedzenia - nie ma sprawy, rozumiem i przestrzegam. Ale po chwili dotarły do mnie słowa "zabronione jest również spożywanie alkoholu podczas postojów w trakcie podróży". Czyli mam dwie godziny spędzić w jakiejś dziurze czekając na przesiadkę i nawet nie mogę wypić sobie browara do kolacji? Wiedząc już co mnie czeka przez najbliższe 12 godzin (ciasnota i maraton filmowy) to chyba powinienem napisać, że była to skromna kolacyjka do piwa... nie jednego ;)


Zamot, zgiełk, tumult - czy mój autobus już podjechał?


Do Gent autobus dotarł trochę opóźniony, przez co miałem jedynie godzinę na spacer po mieście.



Na wystawach sklepów Smurfy (plus Klakier!) no tak, dotarło do mnie, że jestem w Belgii :)



Ale był też Garfield w (za)baaaardzo różowych opakowaniach.


Oraz tylko trochę mniej różowa figurka Jezusa.


Z witryny obok przyglądał się temu wszystkiemu z niedowierzaniem taki skrzat ;)


Gandawa to trzeci co do wielkości region przemysłowy Belgii, jednak ten rejon zamieszkany był już w czasach Celtów, a nazwa miasta pochodzi od celtyckiego słowa "ganda" - miejsca zbiegu dwóch rzek.


Prawdziwy rozkwit nastąpił jednak w średniowieczu, kiedy było to jedno z najważniejszych miast w Europie. Na drugim planie dzwonnica - Belfort en Lakenhalle.


Nie chciałem za bardzo oddalać się od dworca (który wcale nie był tak blisko centrum, jak mogłoby się wydawać) przez co ominęło mnie kilka niezwykłych zabytków - katedra św. Bawona, kościół św. Michała, czy dwa zamki. W miarę blisko był tylko imponujący romańsko-gotycki kościół św. Jakuba, który obfotografowałem za to z czterech stron :) Na szczęście miasto skrywało jeszcze w pobliżu inne (kocie) atrakcje...



Zaraz obok kościoła odbywał się targ staroci.


To nie był jedyny targ, na który trafiłem podczas krótkiego spaceru.


Nawet nie przypuszczałem, że istnieje tyle gatunków kur.


Na rynku Vrijdagmarkt stoi pomnik XIV-wiecznego browarnika Jacoba van Artevelde - nie miałem jednak czasu wypić pod nim piwka.


A pod numerem 34 na Vrijdagmarkt znajduje się restauracja Chat Noir!


Oczom nie wierzę! Ledwo co wysiadłem zmęczony z autobusu, poszedłem na krótki spacer, rozprostować nogi i zupełnie przypadkiem trafiłem na pierwszą kocią atrakcję! Trzeba mieć nieprawdopodobne kocie szczęście (które zresztą dopisywało mi na co dzień podczas tej podróży).


Restauracja działa od 1886 roku. Dopiero otwierali, a ja spieszyłem się już na pociąg, więc tylko zrobiłem szybko parę zdjęć, nic nawet nie zamawiając...


Niestety dla kotka tu mieszkającego, 8 rano z minutami, to było za wcześnie by powitać Kociego Podróżnika.


Liczne kanały dodają (i tak już pięknemu) miastu uroku.





Gdybym miał kiedyś zamieszkać na wodzie, to chciałbym na takiej łajbie jak ta - De John. Ale, że jestem szczurem... czy raczej kotem lądowym (bo na pewno nie takim Simonem z HMS "Amethyst"), to pewnie nigdy nie nastąpi.



Już prawie biegłem na dworzec, by zdążyć na pociąg, a tu nagle na wystawie dostrzegłem kotka.


Widać mieszka sobie w tym lokalu, co podczas mojej podróży po Belgii i Holandii miało okazać się czymś całkiem normalnym dla tamtejszych futrzaków.


Wprawdzie roweru nie przypiąłem, ale na ostatnią chwilę, o 9:25 wbiegłem do pociągu mającego mnie dowieźć do Ypres.



5 komentarzy:

  1. Łooo matko! Ile rowerów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w Holandii jest jeszcze więcej ;)

      Usuń
  2. Ale fajny pomysł! Podróżować śladami kocich łapek :D super! Pozdrawiam i obiecuję odwiedziny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miły komentarz. Zapraszam do częstych odwiedzin - do końca wakacji pojawią się jeszcze opisy kocich miejsc z przynajmniej 6 krajów.

      Usuń
  3. Wow! Jeszcze sześć krajów? to gratuluję i życzę udanych łowów ;)

    OdpowiedzUsuń