czwartek, 24 listopada 2016

Japonia 08 - przyjazd do Kioto


"Tokio jest mózgiem Japonii, Osaka kieszenią, a Kioto duszą i sercem" - przypomniałem sobie w pociągu zmierzającym do dawnej stolicy Japonii. Kioto urzekło mnie (niemal) od pierwszego wejrzenia i bardzo szybko dołączyło do trójki moich ulubionych miast (obok Odessy i Lizbony).

A co o Kioto piszą inni Podróżnicy?

Nicolas Bouvier w "Kronice Japońskiej" umieścił Kioto pośród dziesięciu miast świata, w których warto trochę pomieszkać. I tak też zrobił - wynajął budynek na terenie okalającym świątynię buddyjską Daitokuji. Wiąże się z tym kocia ciekawostka. "Opiekujemy się też wielkim rudym kocurem neurastenikiem, który drapie i gryzie, jeśli nie otrzyma cotygodniowych cięgów. Nikt nie wie, dla kogo szpieguje, ale wybaczamy mu jego spaczony charakter ze względu na wirtuozerię, z jaką łapie i zabija ogromne jadowite mukade (...)." - zanotował pisarz w maju 1964 roku.


Olgierd Budrewicz miau znacznie mniej czasu na zwiedzanie, niż taki Nicolas Bouvier, który w Kioto zamieszkał, więc z przewodnikiem w ręku musiał biegać po świątyniach, pałacach i ogrodach, co opisał w książce z 1970 roku o tytule... "Tokijskie ABC" :)


Wanda Gall w książce "Japonia, kraj kontrastów" z 1961 roku, zauważyła, że Kioto działa jak narkotyk i żyją tam ludzie, którzy przyjechali na kilka dni, a zostali na całe lata.


Podróżnicy czechosłowaccy,  Jan i Vlasta Winkelhoferowie, w liczącej blisko 500 stron książce "Japonia", przestrzegają przed bólem głowy od nadmiaru zabytków i zastanawiają się, ile czasu trzeba spędzić w Kioto.


Wreszcie Piotr Milewski w "Dziennikach japońskich" narzeka na modernizację, gąszcz tandetnych betonowych gmachów i szkaradną wieżę telewizyjną, sugerując, że dopiero z bliska, zanurzając się w wąskich uliczkach, natrafi się na prawdziwe piękno.


Kioto to dawna stolica Japonii, była nią przez ponad dziesięć wieków (w latach 794-1868). Zresztą do dziś nawę miasta tłumaczy się z japońskiego jako "stolica", "stołeczne miasto" właśnie, podczas gdy Tokio to "wschodnia stolica".
Położone w kotlinie otoczonej lesistymi wzgórzami, zbudowane zostało na planie szachownicy, na wzór chińskiego miasta Czang-an (obecnie Xi'an) założonego aż 3100 lat temu.
Przez niektórych określane "japońskim Krakowem" - chociaż nie lubię tego typu porównań i śmieszy mnie to, ileż jest już na świecie takich "Paryżów wschodu" czy "Wenecji Północy", to akurat Kraków i Kioto mają ze sobą nawet wiele wspólnego.

Miasto cesarzy, duchownych, filozofów, artystów i gejsz. Słynne z pięknych ogrodów i liczące podobno aż dwa tysiące buddyjskich świątyń i shintoistycznych chramów - chociaż wspomniany wyżej Budrewicz napisał, że jest "tylko" 1800, a Ela i Andrzej Banach w książce "Cztery tygodnie w Japonii" zaniżają jeszcze bardziej, do 1600. Za to Beata Pawlikowska w koszmarnie złej książce "Blondynka w Japonii" bez skrupułów podaje liczbę 10 tysięcy(!), co przytaczam jedynie w ramach ciekawostki, bo osoba która zamieszcza kilkadziesiąt kłamliwych informacji i bzdur, na miano wiarygodnej na pewno nie zasługuje... 

Kulturalne centrum Japonii.
A pierwsze, co widzi turysta wysiadający z pociągu to... futurystyczny dworzec kolejowy.



Budynek powstał z okazji 1200-lecia ustanowienia stolicy w Kioto i jest to projekt znanego architekta Hiroshi Hary (tego od Umeda Sky Building w Osace). Do użytku publicznego został oddany w 1997 roku i od tego czasu budzi niemałe kontrowersje - jedni zachwycają się konstrukcją, inni pukają w głowę, co tak nowoczesna architektonicznie bryła robi w samym centrum miasta.



Ludzi jak mrówków - no ale to w końcu dworzec i to z tych bardziej ruchliwych. Jest tu jeszcze hotel, muzeum, kino i oczywiście olbrzymi kompleks handlowy. Jednak przede wszystkim jest to dworzec kolejowy i taką pełni funkcję. Tymczasem w Krakowie po zamknięciu starego dworca (zabytkowy budynek wciąż niszczeje) i otwarciu nowego, wybudowanego (chyba dla kretów - albo bardziej brzydko) pod ziemią, ma się wrażenie, że jest on jedynie dodatkiem do Galerii Krakowskiej, niestety - aby wydostać się z peronów, najszybsza droga prowadzi przez centrum handlowe...


Postanowiliśmy wjechać ruchomymi schodami na samą górę, na taras obserwacyjny.


Trwało to dłuższą chwilę, więc zrobiliśmy sobie przerwę na szluga. Palarnie są na każdym dworcu - ta była na szczęście "pod chmurką" i to jeszcze z ładnym widoczkiem na Kyoto Tower :)


No właśnie - to drugi kontrowersyjny budynek w Kioto. Z daleka wygląda trochę jak latarnia morska :) Kyoto Tower wysokie jest wprawdzie "tylko" na 131 metrów, ale widok na miasto pozbawione innych "wysokościowców" na pewno musi być fantastyczny. Wieża została oddana do użytku w 1964 roku, a więc tym samym, w którym w Japonii odbyła się Olimpiada (i w którym zaczęły przewozić pasażerów pierwsze shinkanseny).


I kolejne schody, wielkie niczym te potiomkinowskie w Odessie.
Na szczęście obok
Dla wygody
Znajdują też się
Ruchome schody :)



Wreszcie dotarliśmy na sam szczyt.



Może i ładna panorama, ale niestety wszystko ogląda się przez szybę, co trochę psuje efekt.



Żaden helikopter po nas nie przyleciał...


Teraz to już "z górki na pazurki" - chociaż w przypadku ruchomych schodów, to przecież nie ma różnicy w gór(k)ę czy w dół ;)


Co krok widoczne były reklamy dopiero co otwartego Kyoto Railway Museum - największego muzeum kolejnictwa w Japonii.


Ale można też było dostrzec afisze z twarzami przestępców poszukiwanych za morderstwa. Ten z prawej, wygląda trochę jakby nie lubił gajdzinów i źle mu z oczu patrzy, ale mam nadzieję, że podczas naszej kociej wyprawy, nie spotkamy żadnego z nich.



Przed dworcem, grzecznie czekała na swój pociąg jakaś większa szkolna wycieczka.

 

Nie ma jak dyscyplina ;) Wszyscy siedzą spokojnie, nikt nie krzyczy - a zawsze jak w Polsce natknę się na kilkudziesięcioosobową "stonkę", to hałas jest nie do wytrzymania.


Zaraz obok znajduje się dworzec autobusowy - standard, jak zapewne w większości miejsc na świecie. Ale gdzie jeszcze na świecie spotyka się takie kawaii autobusy? ;)


Warto zaopatrzyć się w promocyjny całodzienny bilet na miejskie autobusy, kosztujący 500y. Teraz do każdej świątyni można dostać się szybko i sprawnie - o ile nie ma korków oczywiście ;)


 W autobusach, pod sufitem wiszą reklamy - ciekawe co polecają te kotki? ;)


"Nie bez powodu mówi się, że w Kioto lubią się ubierać, w Osaka jeść, a w Tokio wrażliwi są na piękne obuwie. Japońskie ulice byłyby szare i nudne, gdyby nie kobiety, które nadają im przedziwny koloryt. A specjalnie tu, w Kioto, gdzie bardziej niż w innych miastach ceni się strój narodowy (...)." - zachwycał się Wojciech Dworczyk w książce "Spacer Wśród Kwitnących Wiśni". I mimo, iż to pozycja sprzed 50 lat, to w kwestii poszanowania tradycji, oraz popularności kimon, wiele się nie zmieniło.


W dzielnicy Nishijin, gdzie znajdował się nasz hotel, można było spotkać nie tylko damy w kimonach, ale też takie urocze kotki :)


A tu kawaii kiwi :) Nie jestem jakimś wielkim entuzjastą (są ok - zwyczajnie lubię, choć preferuję bananya :) natomiast w Japonii jest to już moje drugie spotkanie z tym sympatycznym owocem!


Siedzimy pod ryokanem - całkiem legalnie piwo&papierosy. Po smacznej kolacji (patrz powyższe zdjęcie ;), wykąpani i pachnący, zaraz udamy się do dzielnicy gejsz :)







3 komentarze:

  1. Co tak mało, dopiero się rozkręcałem ;)
    Gekon

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy widzę "Japonia", myślę "Krzysztof Gonciarz" - co ten Internet ze mną zrobił :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co wiem, to Krzyś jeszcze nie dotarł do Kioto... a szkoda.

      Usuń