wtorek, 19 lipca 2016

Japonia 03 - Kawasaki - Kawasaki Warehouse (Kowloon Walled City)



Kawasaki, to takie półtoramilionowe "miasteczko" pomiędzy Tokio i Jokohamą.
Znajduje się tam niezwykły salon gier, który koniecznie chcieliśmy zobaczyć.
I to nie tylko ze względu na mnóstwo fajnych automatów arcade, ale również na wystrój.
Aha - salon gier zajmuje ten cały budynek :)



Pamiętacie kultowy "Krwawy Sport" ? I scenę, w której Jean-Claude Van Damme po raz pierwszy udaje się na nielegalny turniej Kumite? To jeden z niewielu filmów, którego fragment nakręcono w oryginalnych lokacjach Kowloon Walled City.




Było to niezwykłe miejsce na mapie Hongkongu. W wybudowanych tuż obok siebie blokach, mieszkało blisko 50 tysięcy ludzi. Miasto-osiedle rządziło się własnymi prawami, a policja właściwie tam nie zaglądała. Schronienie znaleźli nielegalni imigranci, narkomani, hazardziści i różni przestępcy niższego szczebla. Ponoć tam, swoje usługi oferowały najtańsze w Hongkongu prostytutki, jednak mało kto z zewnątrz zapuszczał się w labirynt brudnych, wąskich uliczek, gdzie światło słoneczne praktycznie nie docierało. Ale mieszkania miały też tysiące uczciwych, acz biednych obywateli. Powstały liczne sklepy, lokale usługowe i gastronomiczne, a nawet szkoła. W latach 80-tych władze podjęły decyzję o wyburzeniu Kowloon Walled City - rozbiórkę rozpoczęto w marcu 1993, by zrównać je z ziemią w kwietniu 1994.



Więcej o Kowloon Walled City przeczytacie TU.

Warto też obejrzeć fascynujący dokument o tym miejscu - po niemiecku, ale z angielskimi napisami.




Ale jaki ma to wszystko związek z grami?
Po pierwsze, w Kowloon Walled City toczyła się akcja kilku gier.
Na PlayStation 1 wyszło Kowloon's Gate - niestety tylko w Japonii, chociaż były chyba plany wydania na zachodzie, o czym świadczy anglojęzyczny trailer. A tu gamplay.
W Call of Duty: Black Ops, jedna z misji pozwala nam postrzelać na tym obszarze.
Na Unreal Engine powstaje gra, która pozwoli błąkać się po uliczkach Walled City - a będziemy sterować w niej kotem (!!!!). Tutaj krótka zajawka.
Wreszcie moje ukochane Shenmue II. Jest rok 1987 i stary, rozklekotany autobus zawozi Ryo do Kwoloonu. W licznych zaułkach i na piętrach wieżowców, można naprawdę zabłądzić.

Po drugie, po wyburzeniu Kwoloon Walled City w 1994 roku, pewien bogaty Japończyk, nakupił ile się dało "pamiątek" i w 2009 powstało Kawasaki Warehouse.

Do środka wstęp mają tylko pełnoletni gracze.


Wejście zaprojektowane jest, w nieco futurystycznym stylu.


Zastanawiałem się tylko, kiedy coś wypełznie z tej zielonkawej cieczy i chwyci mnie za kostkę...


Wjechaliśmy na pierwsze piętro i znaleźliśmy się w innym świecie. 


Odrapane ściany, ciasne zaułki - a wszystkie tablice i plakaty są oryginalne i pochodzą z Kowloon Walled City.


A więc znów przenieśliśmy się do przeszłości - tym razem, do Hongkongu w latach 80-tych.




Nawet stojące w rządku Cocktail Cabinety, pochodziły z tamtej epoki.


Oj tak, w Kawasaki Warehouse retro-gracz poczuje się jak w domu (choć jeszcze bardziej w Super Potato - ale o tym kiedy indziej :)



Oczywiście, jak w każdym japońskim salonie gier, sporo miejsca zajmują przeróżne UFO catchery.


Tu np. do wyciągnięcia są kotki z popularnej gry na smartfony Neko Atsume.


Kotki są bardzo kawaii i parafrazując Pokemony, należy zebrać je wszystkie. Są chętni? Tu wersja na iOS i na Androida - ja już ich mam 37 :)



Natomiast najlepszą kocią grą na Androida i iOS (a ostatnio również na Nintendo 3DS) jest Battle Cats.
W sumie to (obok Alley Cat i Catlateral Damage - od niedawna też w wersji VR) jedna z trzech najlepszych kocich gier w historii elektronicznej rozrywki (IMHO), więc jeśli jeszcze nie graliście, to polecam pobrać i zainstalować :)



Po tej krótkiej reklamie (PONOS i Hit-Point Co.,Ltd. - wisicie mi po dobrej, kociej whisky :) wracamy do salonu gier. Meh, już prawie się udało...



Kuba wielkim fanem kotków widocznie nie jest, skoro upodobał sobie Gudetama. To kolejna, bijąca rekordy popularności postać od Sanrio - tak, tej samej firmy co wymyśliła Hello Kitty :)
Wprawdzie nie udało mu się wyciągnąć żadnego żółtka, ale jako fan, na pewno zaopatruje się w podstawowe produkty dnia codziennego w ich oficjalnym sklepie ;)



Spacerując dalej po Kawasaki Warehouse, natrafiałem na przedziwne gry, o których nigdy nawet nie słyszałem - ale to taka specyfika japońskich salonów gier (więcej o tym będzie zapewne w późniejszym rozdziale z Akihabary).







Najnowszy Tekken o dziwo nie cieszył się jakąś wielką popularnością. Ja zagrałem z przyjemnością, zwłaszcza, że chciałem przetestować Lucky Chloe - nową, dość kontrowersyjną (i kocią :) postać, która tak bardzo podzieliła graczy.



Gra o przydługim tytule Wangan Midnight Maximum Tune 5 DX - ściganie się po japońskich autostradach w czteroosobowym multiplayerze, musi dostarczać wielu emocji. A myślałem, że z tamtejszych wyścigów liczą się tylko Sega Rally i Ridge Racer...




Zapraszam na "spacer" po Kawasaki Warehouse, bo żadne zdjęcia nie oddadzą atmosfery tego miejsca
(i tych dźwięków! :)



Poza nowymi tytułami, można było pograć na wielu klasykach. Tutaj Gauntlet, w wersji dla czterech graczy. Ta 31-letnia maszyna w tak pięknym stanie, kosztuje zapewne więcej, niż wszystkie wyścigowe powyżej...


Darius z 1987 roku, szczycił się anamorficznym obrazem, wyświetlanym na trzech monitorach.



Można poczytać o historii gier video - jeśli zna się japoński of coz ;)



Pac-Man dla czterech graczy? Czemu nie :)



Jakieś skomplikowane połączenie karcianki i gry video?


Sporo przestrzeni przeznaczono na gry muzyczne.




Kuba próbuje rozkminić "o co chodzi jakby" ;)



Był też oczywiście mój ukochany Bębenek :)


Ja mu robiłem zdjęcia, a on mi :)


Na kolejnym piętrze, pośród bilardów i ping-ponga (!), udało nam się odnaleźć flippery. Tylko ciekawe, że akurat były to maszyny Sterna, a nie japońskich manufaktur jak Sega czy Capcom.



Jako miłośnicy i kolekcjonerzy pinballi (ja mam wprawdzie tylko jednego - Bad Cats - ale Kuba już cztery :) z radością zagraliśmy. Zwłaszcza, że na Elvisie to był mój "pierwszy raz" ;)


Sporo jackpotów zebraliśmy, a Kuba nawet zrobił wpis - tylko nie wiadomo dlaczego, dźwięk był przyciszony na minimum, więc nie było nam dane posłuchać przebojów Króla Rock and Rolla. Jeśli zabawić się we flipperowe porównanie Krakowa i Kawasaki, wynik na naszą korzyść wynosi jakieś 50 do 2 (dzięki Krakow Pinball Museum, które opisałem TU :). Ale gdyby zrobić takie porównanie w maszynach arcade, wtedy Kawasaki prowadziłoby spokojnie z 1000 do 10.



Przerwa na dwie piosenki :)

W Kawasaki Warehouse swój teledysk kręciła Wednesday Campanella:


A grupa Necronomidol może poszczycić się fantastycznym klipem w 8-bitowym stylu!



Na górnym piętrze dostępne były gry hazardowe. Wyścigi koników.



I  pachinko - jeśli jest jakiś "sport" który popularnością przewyższa baseball w Japonii, to z pewnością za taki można uznać pachinko.. gdyby było dyscypliną sportową oczywiście ;)



Ciężko mi wytłumaczyć fenomen, który rozwinął się w powojennej Japonii i przynosi roczne dochody w wysokości circa 300 miliardów dolarów! Z pinballem ma to tyle wspólnego, że również wywodzi się od bagateli. Tak wygląda gameplay, a tak zabawny(?) Nicolas Cage reklamujący producenta automatów pachinko :)
Ale nie przemawiają do mnie te współczesne maszyny - mimo wykorzystywania motywów ze znanych gier video. Chociaż to i tak lepsze od pachislotów (coś w stylu jednorękiego bandyty) na które wychodzą nowe wersje takich przebojów jak Silent Hill czy Metal Gear Solid. Natomiast bardzo chętnie przetestowałbym stare, oldskulowe pachinko, jeszcze z ery Shōwa i bez tych wszystkich, odwracających uwagę video bajerów. No i oczywiście jakieś kocie też :)




Kupiliśmy po piwku i dostaliśmy gratis 3 gry w bilard - a przynajmniej tak myśleliśmy, bo nikt z obsługi nie mówił po angielsku. Dopiero Momoko, która przyjechała dogadać kwestie kręcenia programu, wyprowadziła nas z błędu. Okazało się, że bilard wcale nie jest gratis, a tę karteczkę dostaliśmy, bo po 22 aby zamówić alkohol, trzeba w coś grać na tym piętrze (czy jakoś tak - gdybym rozumiał co mówił barman, to poprosiłbym o ping-ponga ;) Uff, jednak z pomocą Momoko udało się wszystko odkręcić i nie musieliśmy płacić za bilard, w którego nawet nie zdążyliśmy rozpocząć partyjki.


Pojechać do Japonii by pograć w bilard? Nie! Do Japonii jedzie się po to, by pograć w Bębenek! :)


Taiko no Tatsujin to seria gier rozwijana już od 15 lat. Zaznaczę, że moja ukochana seria gier :) Doczekała się nawet "plastelinkowej" animacji - powstało kilkanaście epizodów, tutaj macie odcinek z kotkiem! :)



Na takim wielkim automacie miałem przyjemność pobębnić pierwszy raz. Ale ćwiczyłem wcześniej, grając w wersje na PlayStation 2, Wii, PSP, iOS, Nintendo DS i 3DS (którego właściwie to sprowadziłem z Japonii specjalnie dla Bębenków, bo blokada regionalna uniemożliwia mi niestety zabawę z wydawanymi w Europie tytułami - eh, a tak chciałem sprawdzić zrozumiałą wersję Yokai Watch). Mówię Wam - nie ma nic gorszego niż blokada regionalna (czy to w DVD/BR czy w konsolach). Na szczęście powoli odchodzi w niebyt historii, ale Nintendo oczywiście jak zwykle musi iść swoją drogą...


Grało nam się znakomicie - Bębenek potrafi wyzwolić mnóstwo pozytywnej energii :) Momoko, z Taiko no Tatsujin miała styczność chyba po raz pierwszy, ale też jej się podobało. Tylko Kuba marudził i z nami nie pobębnił - wstyd ;)


I jeszcze pamiątkowa fotka w japońskim stylu :)


Ponieważ nie mieliśmy żadnego zarezerwowanego noclegu, Momoko zaproponowała hotel na koszt TV Tokyo. Ale okazało się, że w Kawasaki Warehouise mają internet cafe - a to o wiele ciekawsze niż zwykły hotel. No i zamiast spać, można całą noc grać, albo czytać mangi ;)
Jeśli jesteście ciekawi, jak wygląda codzienne życie w japońskich kafejkach internetowych, polecam krótki dokument "Net Cafe Refugees" dostępny na YouTube. Wjechaliśmy windą na ostatnie piętro i przywitał nas Batman.


Koszt noclegu dla 2 osób w wydzielonym boksie na 8 godzin, to około 5 tysięcy jenów. To była net cafe z wyższej półki, ale na pewno istnieją też sporo tańsze, skoro wiele par udaje się w takie miejsca, kiedy nie stać ich na love hotele (co jest o tyle ciekawe, że Japonki są hm... dość "głośne", a w pomieszczeniach wydzielonych do spania obowiązuje absolutna cisza). Problem jest też taki, że nie zawsze w "kawiarenkach" mile widziani są cudzoziemcy. Przeciętny Japończyk, ale taki zapatrzony w stereotypy, będzie postrzegał obcokrajowców jako hałaśliwych, chodzących wszędzie w butach i nie potrafiących się zachować - nie znających zasad.. O niemożliwości porozumienia się z nimi w ojczystym języku nie mówiąc. Więc czy dla tych kilku tysięcy jenów więcej, warto się kłopotać? Podobnie podchodzą do sprawy również niektóre ryokany i bary - z tym, że trzeba podkreślić słowo NIEKTÓRE. Jak się nie da, to trudno, trzeba to uszanować i odpuścić, bo poza takimi bardzo sporadycznymi sytuacjami, Japończycy są tak gościnni i mili, jak chyba żaden inny naród na świecie.
Mnie i Kubę bardzo serdecznie przyjęli w Warehouse net cafe i nawet wręczyli karty stałego klienta, dzięki którym za kolejnym razem obyłoby się bez uciążliwej rejestracji. No właśnie - trzeba wypełnić karteczkę, ale po japońsku! Bez pomocy Momoko byśmy sobie nie poradzili. Musiała także (tak na wszelki wypadek) podać swoje dane i telefon, by w razie gdybyśmy się okazali akurat tymi złymi, niewychowanymi gajdzinami, to ona poniosłaby wszystkie dodatkowe koszty.



Kuba od razu uderzył w kimono :)



Mnie się jakoś spać za bardzo nie chciało. I to nie przez jetlag (którego nigdy nie miałem - a dzięki temu, że w Polsce chadzam spać w baaardzo nieregularnych porach, bo czasem o północy, czasem o 6 rano, a czasem zdarza mi się wstawać nawet o ósmej... tyle, że wieczorem ;) ale z powodu podekscytowania nowym miejscem. Postanowiłem wyruszyć na zwiad.



Zacząłem od WC. W Japonii spotyka się albo ustępy w stylu "na Małysza", albo nowoczesne, wypasione kibelki. Ten tu, to taki mercedes wśród innych muszli klozetowych. Oczywiście "słynne" podmywanie, posiada już każda pierwsza lepsza muszla, ale spójrzcie na te panele kontrolne.


Podgrzewanie, podświetlanie, automatyczne podnoszenie i spuszczanie klapy, guzik odpowiadający za sam dźwięk spuszczanej wody (niby dla wstydliwych, ale miliony litrów wody oszczędza się ponoć dzięki temu) i wiele innych, bardziej lub mniej przydatnych, a może i sekretnych funkcji, o których nawet mi się nie śniło. Tylko gdzie do cholery jest zwyczajna spłuczka? ;)



Coś mi nie grało, że po umyciu rąk, nie dostrzegłem żadnej wiszącej suszarki, ani papierowych ręczniczków. Łapki zdążyły już wyschnąć, kiedy zobaczyłem strzałkę i jakiś znak kanji (najprawdopodobniej oznaczający suszenie :)
Instrukcja obsługi japońskiej umywalki, dla opornych:
na górze po lewej - mydło w płynie - zbliż łapki, to wycieknie
na górze po prawej - woda - zbliż łapki, to obmyje
na dole centralnie - nawiew - zbliż łapki, to wysuszy

Można próbować jeszcze włożyć palec w środkowy otwór - a nuż wyciągnie się jakiegoś Pokemona ;)



Nawet mieszkając w takim miejscu ze dwa lata i tak nie starczyło by czasu, na przeczytanie połowy z tych mang!



Salonik gdzie można zapalić i przejrzeć różne magazyny. Skoro to rozdział o grach, zapewne padłoby pytanie, czy czytałem Famitsu - kultowy, opiniotwórczy japoński magazyn o grach, wydawany od 30 lat, co tydzień, w nakładzie pół miliona (!) egzemplarzy. No właśnie hehe "czytałem"... bez znajomości japońskiego nie ma co się zabierać nawet za przeglądanie, bo samych obrazków tam stosunkowo niewiele.



Ale było trochę komiksów i pisemek o kotkach.



Niektóre magazyny mangowe, mają to do siebie, że na jednej stronie komiks o słodkich i niewinnych kociakach, przewracasz parę kartek, a tam "atakuje" tentacle hentai ;)


Są też pisemka erotyczne - jak to w Japonii, wszystkie cenzurowane (ach, te słynne mozaiki ;)
W dawnych czasach, w erze Shōwa, istniały nawet specjalne profesje "wydrapywaczek" lub "zamazywaczek", które (zależnie od preferencji) wydrapywały, albo zamazywały zakazane włosy łonowe w importowanych zza granicy Playboyach.
Niektóre magazyny skierowane są do konkretnej grupy odbiorców, np. miłośników upskirtów (i chyba nie takiej małej, skoro istnieją też dedykowane im gry video).



Olbrzymi wybór napojów bezalkoholowych - można nalewać do woli, bezpłatnie. Za friko była też zupka miso i drobne przekąski - akurat jak znalazł na nocnego głoda ;)


W końcu poszedłem pospać chwilę. Następnego dnia wstaliśmy o 8 rano. Wcześnie, ale tyle to zobaczenia, że nie opłaca się spać - wieczorem mieliśmy już zarezerwowany nocleg w Osace, ale najpierw chciałem zobaczyć pewne miasteczko, związane z taką jedną grą :)
Pospacerowaliśmy po Kawasaki, kierując się w stronę dworca.





Za czym ta kolejka? Aaa, pachinko otwierają o 9 rano, więc już wszystko jasne :)



Po drodze, widzieliśmy też inne, mniejsze salony z "normalnymi" grami :)
Tutaj Bębenki zachęcały do wejścia wołając "zagraj na mnie" - niestety nie było czasu...


Podobnych reklam z wizerunkami kotków, jest naprawdę od groma - tego wypatrzyłem w sklepie spożywczym.



Jak widać, nie tylko Shibuya ma takie skrzyżowanie, z pasami dla pieszych biegnących w różnych kierunkach. Tylko, że na tym słynnym (pamiętacie scenę z "Lost in Translation"? Albo początek "Resident Evil AfterLife"?) przewija się dziennie z milion ludzi, a w Kawasaki (ale w godzinach porannych) ruchu prawie nie było.



Tuż obok dworca, na placyku, z głośników rozbrzmiewała hm... "kocia muzyka"? ;)



Na peronie można było kupić fajne gadżety z pociągami (co chyba normalne, wszak byliśmy na stacji :) ale też z kotkami!


Nie chcesz, żeby ktoś ci wypił kawę? Kładziesz na kubku kotka, by pilnował - proste? ;)


Wsiedliśmy do pociągu jadącego do Yokosuki. W wagonie było sporo turystów - ja wiem, że ta gra ma wielu fanów, ale aż tylu "białych" udających się jednego dnia z pielgrzymką na Dobuita Street? Coś nie wierzyłem - i słusznie - wszyscy turyści wysiedli w Kamakurze :) A, że nie jesteśmy turystami, tylko podróżnikami (i to kocimi!), pojechaliśmy dalej. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta i zawarta w tym słowie: SHENMUE!






5 komentarzy:

  1. Nieźle - salon gier chyba wyższy od bloku, w którym mieszkam... Jako stary flipperowiec najbardziej Wam zazdroszczę Elvisa. I szacun za rozróżnienie pomiędzy turystami i podróżnikami - od razu przypomniało mi się "Pod osłoną nieba"

    OdpowiedzUsuń
  2. Opis profesjonalny i na maksa pozytywnie zakrecony jak autor:) pozdrawiam Michał P.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałem z zapartym tchem, do teraz nie mogę złapać oddechu ; )
    A serio - bardzo klawo i zgrabnie, czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  4. grałbym,
    dzięki za info jak będę w tych okolicach
    to tam pojadę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie napisany wpis! Ja od dłuższego czasu zastanawiam się nad wycieczką do Japonii ale nie mam na razie tyle funduszy. Mam nadzieję że kiedyś będę mogła zrealizować swój cel! Pozdrawiam i powodzenia w dalszej pracy :)

      Usuń