środa, 20 marca 2019

JAPONIA 34 - Unrinji Cat Temple (Yamaguchi Prefecture)




Zlokalizowana w prefekturze Yamaguchi jakieś 25 kilometrów od miasta Hagi, Unrinji Temple, to buddyjska świątynia. I to neko-dera (tak nazywa się kocie świątynie buddyjskie, w przeciwieństwie do kocich chramów shintoistycznych, które zwie się neko-jinja).
W 1625 roku na zamku w Hagi, zmarł władca feudalny Terumoto Mōri. Jeden z jego wiernych wasali, samuraj Nagai Motofusa popełnił seppuku by dołączyć do swego pana. Przy grobie samuraja w świątyni Tenjyuin, przez 49 dni czuwał dzień i noc jego ukochany kot. Kiedy tradycyjnie, po upływie 49 dni od śmierci, odprawiono buddyjskie nabożeństwo żałobne, zwierzak pragnąc dołączyć do swego pana, odgryzł sobie język by umrzeć. Tej nocy wszystkie koty w Hagi miauczały do świtu by oddać należny hołd (inna wersja legendy mówi, że to zmarły kot zawodził przeraźliwie, nie mogąc odnaleźć ukochanego pana). W każdym razie obszar ten zaczęto nazywać "Neko no chou" (kocia ulica). Mnich z buddyjskiej Tenjyuin Temple postanowił odprawić nabożeństwo żałobne w intencji kota i miauczenie ustało. Niestety świątynia w Hagi już nie istnieje (od 1869 roku), jedynie groby wspomnianych wyżej mężczyzn wciąż można zobaczyć. I tu pojawia się zaprzyjaźniona z nią Unrinji Buddhist Temple, właściwie będąca jednym z oddziałów Tenjyuin. Świątynię założono około 400 lat temu. Unrinji nie tylko kultywuje pamięć o wiernym kocie (który żył 300 lat przed Hachiko, psem uważanym za symbol wierności), ale też jest pełną kotków neko-dera. Można tu zwrócić się z prośbą  do opata o odprawienie nabożeństwa za swojego zmarłego kota.
Tak na marginesie, to koty w buddyjskich świątyniach zawsze były cenione (podobnie jak w monastyrach) - wszak gdzie były koty, nie było myszy (które gryzą wszystko, nawet cenne sutry).


Musiałem jakoś dotrzeć w to magicznie miejsce, co wcale nie było takie proste - większość odwiedzających świątynię jedzie do wioski Kibekami swoim, bądź wypożyczonym autem z Hagi, miasta położonego około 25km na południowy wschód od świątyni.
Najpierw shinkansen dowiózł mnie na stację Shin-Yamaguchi. Tam przesiadłem się w lokalny pociąg JR kursujący po linii Yamaguchi, pamiętając by wysiąść w Mitani. Ostatni odjeżdża o 21:08, a na stacji Mitani zatrzymuje się o 22:15.



O tej godzinie, poza mną nie było tam nikogo.


Już wcześniej planowałem zaoszczędzić na noclegu i przespać się "na Tora-sana" na jakiejś malutkiej, wiejskiej stacyjce. Ale ten peron był niczym z horroru - setki martwych owadów i pająk z trupią czaszką odebrały mi ochotę.



Księżyc świecił jasno. Świeciły też vending machines, więc poszedłem kupić napój i zastanowić się co dalej.



Okazało się, że zaraz obok torów jest mała poczekalnia i to zamykana, więc (prawie) żadne robactwo do środka się nie dostało.



W miastach wszystkie dworce zamykają po północy, ale na głębokiej japońskiej prowincji można trafić na takie klimatyczne miejsca, wręcz stworzone na nocleg :)


Spało mi się bardzo dobrze, jedynie w nocy podjechał samochód, z którego ktoś wyszedł i zostawił w poczekalni stos gazet, który nad ranem ktoś inny odebrał.


Obudziłem się po 5 rano i przywitały mnie takie widoki.


Gdybym wiedział, że niedaleko są przerażające strachy na wróble, to pewnie tak łatwo bym nie zasnął ;) Japońskie kakashi potrafią odstraszyć nie tylko ptaki, ale i ludzi. Przy okazji polecam świetny horror "Kakashi" z 2001 roku, zrealizowany na podstawie mangi Junji Ito!


 Kupiłem w automacie gorącą kawę i wypiłem patrząc na mój "hotel" :)


Po 6 rano ruszyłem w drogę. Z Mitani Station do Unrinji Temple jest około 20 kilometrów.



Liczyłem się z tym, że będę musiał przejść całą trasę pieszo. Ponoć jeżdżą od czasu do czasu jakieś autobusy, ale nie wiem czy akurat z tego miejsca. Myślałem o autostopie, ale rok wcześniej próbowałem i żaden samochód się nie zatrzymał (Japończycy chyba nie rozumieją międzynarodowego znaku autostopowicza, czyli wyciągniętej ręki z kciukiem w górę). Ale kiedy usłyszałem odgłos samochodu, zatrzymałem się i postanowiłem zamachać zupełnie jak kotek maneki-neko :) I zadziałało! Kobieta swoim kei-car podwiozła mnie kilkanaście kilometrów.


Ze dwa kilometry zrobiłem "z buta".


I na tym skrzyżowaniu co widać w oddali, po pół godzinie machania jak kotek (choć niezbyt często, bo ruch był niewielki) zatrzymało się kolejne auto.


Rolnik swoim malutkim dostawczakiem podwiózł mnie na sam parking świątyni.


Figurka Jizō w czerwonej czapeczce, która po bliższym przyjrzeniu okazała się kotkiem, potwierdziła że trafiłem we właściwe miejsce.


Wreszcie (koło 8 rano) dotarłem do Kociej Świątyni Unrinji! Chociaż (jak się później okazało) takim trochę bocznym wejściem, od parkingu.


 Teraz już nie miałem wątpliwości, że dobrze trafiłem.


 Przywitał się ze mną główny opat tej świątyni.


Jisei Sumida mieszka tu z rodziną od 1996 roku i jest 22 "chef priest" w blisko 400-letniej historii tej świątyni. To jego życzliwości i gościnności zawdzięczam niezapomniane kilka godzin jakie spędziłem w Unrinji Temple.


Na wstępie zostałem zapytany, czy jestem już po śniadaniu. Kiedy wyjaśniłem sytuację, że mój "hotel" nie oferował tej opcji, zostałem poczęstowany pysznym posiłkiem. To świątynia buddyjska, więc oczywiście wegetariańskim.



Najedzony mogłem rozpocząć zwiedzanie.


Sala z głównym ołtarzem - tu odprawiane są różnego rodzaju ceremonie. Warto nadmienić, że są tu też kocie piwa, jako ofiara dla Buddy.


Zaraz obok bardziej kocia salka.



Z bardziej kocim ołtarzem. Ta sala upamiętnia nirwanę i śmierć Buddy (15 luty) i wtedy, przez cały miesiąc, nirwana jest wyrażana przez koty.


Maski służą zapewne do różnych rytuałów, albo można po prostu taką założyć na głowę i poczuć się jak kot :)




 Oczywiście na terenie świątyni mieszkają też kotki.


I kolejne figurki. Z uniesioną łapką, więc w stylu przynoszących szczęście maneki-neko.


 Jest pewien zaprzyjaźniony rzeźbiarz, który struga takie ładne kotki.


 Odpoczywa. Można się oprzeć o kotka i też odpocząć.


Najbardziej zaciekawiła mnie ta rzeźba. Nekomatagi oznacza dosłownie kota stojącego okrakiem (jak się przeciąga). Odnosi się też do czegoś, czego nikt (nawet kot) nie tknie - np nieświeżej ryby. Bo kiedy kot zbliży się do jakiegoś niedobrego jedzenia, przeciągnie się i ominie je szerokim łukiem właśnie.


Nekomatagi zapewnia bezpieczeństwo i chroni przed nieszczęściami, jeżeli przeciśnie się pod jego brzuchem. Czy mi się udało, możecie zobaczyć w filmiku na końcu rozdziału :)



Zauważyłem, już wcześniej coś podobnego w buddyjskiej świątyni. W Tōdai-ji Temple w mieście Nara, w Pawilonie Wielkiego Buddy, znajduje się filar z małym otworem (ponoć dokładnie tej wielkości co nozdrze posągu) przez który można się przecisnąć - komu się uda,, ten może liczyć na oświecenie w przyszłym życiu.




Przy tym stole opat przyjmuje zjawiających się w świątyni gości. A zaraz za nim kolejna salka.


 Takie małe (no dobra, jeśli chodzi o ilość eksponatów, to nie takie małe) kocie muzeum.


 Figurki maneki-neko, plakaty.


 Figurki kotków.


A tu jakiś certyfikat, a na nim Hikonyan - maskotka zamku w Hikone.



 I kolejne kocie figurki, wśród nich i bohaterowie różnych anime.



Kotek po lewej częstuje cukierkami, a kotek po prawej ma zajebistą czapkę! :)

























Jest nawet Kocia Orkiestra!


Kolekcja plakatów ze starych japońskich horrorów o kotach. Najczęściej straszą bakeneko i nekomata (w rozdziale 9 opisałem swoje spotkanie z bakeneko w Kioto :)
Nie przypominam sobie współczesnego filmy grozy z Kraju Kwitnącej Wiśni o kotach. Za to polecam chiński "Legend of the Demon Cat", który opowiada o przygodach japońskiego(!) mnicha  Kūkai (założyciela buddyjskiej sekty Shingon).





Przez lata wiele się zmieniło. O ile kiedyś w Japonii o kotach kręcono głównie horrory, tak dzisiaj o kotach kręci się głównie kawaii filmy w stylu "Neko Atsume House" czy widocznego poniżej "Neko Samuraja" :)
Więcej o japońskich kocich filmach w rozdzale 1.



Ale wróćmy do zwiedzania Unrinji Temple. Mapa Japonii i zaznaczone (kotkami) miejscowości, z których przybyli odwiedzający świątynię.


 A tu mapa świata.


Z dumą nakleiłem czarnego kotka na Polskę, konkretnie mój rodzinny Kraków :)



Znów mapa Japonii. I zaznaczone na niej niektóre z kocich miejsc. Większość już znam, ale kilka kotków wciąż czeka na odwiedziny :)



Do świątyni przyjechała większa wycieczka.



Aby nie przeszkadzać, usiadłem przy stole by uzupełnić notatki.



Dostałem specjalny zeszyt, w którym wpisuje się swoje dane, oraz imię zmarłego kota. Opat obiecał wieczorem recytować sutry ku pamięci Skie. Powiedział mi, że modlił się już za ponad 1500 kotów.


Tymczasem na stole coraz więcej rzeczy. Książki, zeszyty, przekąski i torba pełna prezentów które dostałem.


Jeśli będziecie kiedyś w Unrinji Temple, nie zapomnijcie też zerknąć pod stół :)


Jest i spora biblioteka.


A tu zbiór mang - tylko o kotach :)



 Mogłem przeglądnąć wiele japońskich książek o kotach. Tutaj odprawiają buddyjskie rytuały.


Okazuje się, że w Japonii jest więcej niż jeden kot kolejarz :)
Tama (i Nitama) z Kishi Station to już nie tylko ikony popkultury, ale Tama po śmierci została przyjęta w poczet bóstw Shinto! (zobacz rozdział 23 i mój pobyt u kociego zawiadowcy).


A oto mądra i wzruszająca książeczka z obrazkami z 1977 roku, "The Cat that Lived a Million Times" autorstwa Yoko Sano,.



Opowieść (w oryginale zamiast "tale" jest "tail" czyli ogon :) była po japońsku, ale uczynny Jisei z grubsza przetłumaczył mi o co chodzi.
Jest to historia o kocie, który odradzał się milion razy. Raz był kotem magika i zginał podczas nieudanej sztuczki. Innym razem kotem marynarza, kotem złodzieja, kotem dziewczynki itp, jednak zawsze czyimś kotem i zawsze umierał w skutek jakiegoś nieszczęśliwego wypadku. Ludzie za każdym razem opłakiwali przyjaciela, a ten ponownie się odradzał, jednak będąc już kotem  kolejnej osoby. Ale pewnego razu odrodził się jako bezdomny, zbłąkany kot. I zakochał w pięknej białej kotce. To były najpiękniejsze chwile w jego życiu, a kocica urodziła mu gromadkę uroczych kociąt. Minęło wiele szczęśliwych lat i jego wybranka umarła. Dopiero wtedy kot po raz pierwszy zapłakał z żalu. Było jasne, że w końcu pokochał kogoś bardziej niż siebie. Płakał tak milion razy, wciąż leżąc przy ukochanej, czekając na własną śmierć. I już więcej się nie odrodził.



Dostałem też komiks o japońskich kocich legendach i powstaniu świątyni Unrinji.


Kot zaprasza do sklepiku,


Można kupić drewniane tabliczki na szczęście, na których z jednej strony wypisuje się imię (swoje lub kota), a z drugiej domalowuje kotka. 


Oraz oczywiście amulety Omamori. Są różne, zapewniające pomyślność, zdrowie, czy chroniące przed nieszczęściami i złem.




 Ekologiczne torby, portfele, tenugui czyli japońskie ręczniczki, oraz kilka rodzajów t-shirtów.


Jest też rękodzieło od zaprzyjaźnionej artystki - kubeczki, miseczki, kotki.


Oraz zestaw kocich zapałek  Takie z czarnym kotem, to akurat w Polsce w czasach PRL-u też można było dostać.


Od razu przypomniał mi się film "Kingsajz" :)




Pospacerowałem po ogrodzie.


 Bardzo ciekawie jest na werandzie.


 Jest tu wiele posągów kotów - drewnianych i z kamienia.


Oraz kot Budda, będący symbolem tej świątyni.


Rozglądając się uważnie, wypatrzyłem Shimanekko - maskotkę prefektury Shimane. Ciekawe jest to, że po raz pierwszy o tym kawaii kotku dowiedziałem się zupełnie przypadkowo, grając w "Root Letter", w której ma istotną rolę. Kiedy kilka miesięcy później zwiedzałem miasto Matsue, to właśnie śladami tej gry visual novel :)


A to chyba jakiś koci aniołek.


Zaraz koło wejścia znajduje się tajemniczy obiekt.


Z charakterystyczną kocią łapką wystającą z dachu.


Z daleka wyglądało. że to może jakaś studnia, ale to kolejne święte miejsce - Shou Fuku Dou.


W środku znajduje się kocia Kannon - Bogini Miłosierdzia.



Skrzynka pocztowa i kotki wyczekujące listów.


Unrinji to świątynia buddyjska, więc i posążków Jizō nie mogło zabraknąć.



Jest i dzwon. Łagodny dźwięk długo unosi się w powietrzu - możecie usłyszeć na filmiku jaki nakręciłem w świątyni (jest na samym dole).



A oto główne wejście do budynku.


Kotki zapraszają. Ten z lewej to Nyan-Hagi - oficjalna maskotka miasta Hagi.
 





Znów wiele kocich elementów - bardzo podobały mi się te zegary z ogonkami :)



Koty i małpy. A gdzie małpy? Zamieniły się w koty :)
Jeśli pamiętacie moją relację z Nikko w rozdziale 20 na blogu, to jest tam taka płaskorzeźba z trzema mądrymi małpami (nie widząc zła, nie słysząc zła i nie mówiąc zła). Tutaj zaś są trzy mądre koty.




Następne święte miejsce. Figura Buddy na środku, a po bokach małe gliniane posążki Jizō (guardian deity of children) wykopane z ziemi 150 lat temu.




Opat w towarzystwie pielgrzymów, zdjęcie wydaje mi się, że pochodzi z 23 grudnia 18 roku ery Heisei?



Na ścianach wiszą oprawione podziękowania i podpisy od sławnych osób, które odwiedziły Unrinji Temple.


To chyba przez ten występ w japońskiej telewizji, uznano mnie za personę, która spełnia wymogi by też zawisnąć na ściance. Posadzono mnie przy osobnym stoliku, gdzie drżącą ze zdenerwowania ręką (jestem noga z rysunku) napisałem parę miłych zdań i dorysowałem kotka - na szczęście tylko oczka, nosek i wąsy, więc całkiem ładnie wyszło :)



Teraz już mogłem zjeść pyszny obiadek - makaron na zimno z warzywami, przygotowany przez żonę opata.


Na koniec pamiątkowe zdjęcia z Jisei, jego żoną i córką i trzeba się było zbierać.


Unrinji Temple stała się moją ulubioną świątynią w Japonii i wiem, że prędzej czy później tam jeszcze powrócę!



Filmik jaki nakręciłem w świątyni - zobaczcie koniecznie.





Okazało się, że opat podwiezie mnie na stację Mitani, a w czasie drogi słuchaliśmy kociej muzyki. Od razu wpadł mi w ucho kawałek zespołu Yabai T-Shirts Yasan "Neko Kaitai".




Na początku 2019 roku przyszła do mnie pocztą noworoczna kartka z życzeniami i amuletem, oraz broszurka w której opisano mój pobyt w Unrinji Temple -  Dōmo arigatō!


UPDATE

W kwietniu 2019 roku, będąc w Japonii w czasie Hanami, odwiedziłem ponownie moją ulubioną świątynię Unrinji.
Znów pojechałem pociągiem do Mitani Station, ale tym razem w dzień, więc mogłem oglądać widoki za oknem :)


Czy ładne? Zobaczcie na filmiku!



 Tym razem wszedłem przez bramę, a nie bocznym wejściem, jak ostatnio.









 Na przywitanie przyszedł jeden ze świątynnych kotków.



A potem drugi.



Przy wejściu do budynku kotek odświętnie przystrojony - 8 kwietnia były obchodzone urodziny Buddy.


Zauważyłem, że mój kotek i podpis (z lata 2018) wiszą pięknie oprawione, z czego jestem bardzo dumny. Później okazało się, że na lodówce w kuchni, w przylegającym do świątyni budynku mieszkalnym, przyczepiony jest magnes ze Skie!



Unrinji Temple odwiedził też kiedyś Kōshū Itabashi, sędziwy opat innej kociej świątyni - Gotanjoji (w której też oczywiście byłem) i Mistrz Sōtō Zen. Oto jego podpis, a raczej piękna kaligrafia.


Opat musiał zająć się gośćmi - niektórzy przyszli do kotków, ale to świątynia buddyjska, więc była też rodzina z tabliczką żałobną zmarłego, nad którą zapewne musiał odprawić sutry. Ja tymczasem wybrałem się na zwiedzanie okolicy.







Okazało się, że ten stary drewniany dom należy do świątyni i będę w nim nocował :)



Na szczycie wzgórza za świątynią jest mały cmentarz, gdzie pochowani są i ludzie i koty.



Po prawej Unrinji Temple, po lewej przylegający do niej dom mieszkalny opata i jego rodziny.



Widok ze wzgórza na okolicę. Cisza, spokój i atmosfera sprzyjająca wyciszeniu i medytacji.



 W przyświątynnym ogrodzie zauważyłem parę zmian - np. wcześniej nie było sowy przy dzwonie.





 Pojawiło się też parę nowych kocich rzeźb.






 W budynku rozstawiono grzejniki, żeby gościom było ciepło.


Porozglądałem się uważnie i zauważyłem nie tylko nowe rzeźby, ale też niektóre z tych co pamiętałem z ubiegłego lata, ale w innych konfiguracjach.






 Japońskie dzieci doskonale znają tą kocią postać - a polskie?


Można dojechać autobusem (bodaj z Hagi), jeśli ktoś nie chce iść na piechotę lub łapać stopa ze stacji Mitani.


Pamiętacie historię o Nagai Motofusa, jego ukochanym kocie i jak doszło do założenia świątyni Unrinji? Jest na samym początku tego rozdziału - a tu kilka ilustracji.


Postanowiłem usiąść przy stole i poczytać (czy raczej poprzeglądać) kocie pisemka. Zwłaszcza, że zauważyłem "kolegę" ;)


Było sporo artykułów o Unrinji Temple. Mogę się pochwalić, że w wywiadzie jaki udzieliłem Polityce, również wspomniałem o mojej ulubionej świątyni w Japonii :)




Wiele zeszytów zapisano pozdrowieniami od gości, którzy odwiedzili świątynię. Ah, zazdroszczę Japończykom tej umiejętności rysowania.



W pewnym momencie, przysiadły się dwie Japonki. A później dołączył czarny kotek, więc dziewczyny straciły zainteresowanie Kocim Podróżnikiem i zaczęły głaskać kotka ;)


Ten dość szynko wskoczył mi na kolana, więc zaczęła się sesja fotograficzna :)



 Kotek jest nawet na filmiku:



Wreszcie Jisei Sumida skończył obowiązki. Zostałem zaproszony do części mieszkalnej, by zjeść wspólny obiad z opatem, jego żoną, dziećmi i dziadkiem. Przygotowano Kawara Soba - specjalność prefektury Yamaguchi. Ależ to było dobre!


Zaśpiewaliśmy razem refren piosenki "Neko Kaitai" zespołu Yabai T-Shirts Yasan.



Dostałem ich płytę, którą teraz Garfieldek słucha zawsze przed snem :)


Wieczorem z opatem i dziadkiem pojechaliśmy jakieś 20km w stronę Morza Japońskiego do onsenu w Nago. W drodze, przed samochodem przebiegł najprawdziwszsy tanuki! (pamiętacie "Pom Poko"?) Trochę obawiałem się gorącej wody (i czy mogę wejść z tatuażami), ale okazało się, że taki relaks w gorącej wodzie jest bardzo przyjemny, a nikt z lokalsów nie zwracał uwagi na moje tatuaże.


Po wyjściu z wody, opat kupił mi tutejszą specjalność - pyszne, zimne mleczko.


Zostałem zaprowadzony do należącego do świątyni domku gościnnego. I mogłem spędzić noc w takich oto warunkach. W samej sypialni jest jakieś 10 mat tatami. W moim hotelu-bazie w Osace miauem do dyspozycji jakieś 1,5 ;)


 Dostałem jeszcze japońskie przekąski, w razie gdybym zgłodniał w nocy.


Więc zrobiłem mały test japońskich przekąsek.



 Po dniu pełnym wrażeń, po 22 spałem już jak mały kotek :)


Następnego dnia pobudka o 6 rano. Wstąpiłęm jeszcze do świątyni pożegnać się ze wszystkimi.
A później Jisei zawiózł mnie samochodem na stację Mitani.


Dostałem też jedzonko do pociągu. Po rozpakowaniu okazało się, że to najprawdziwsze DOMOWE bento, przygotowane przez Panią Domu. Dokłądnie takie, jakie dzieci opata dostają na drogę do szkoły.






Już nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w Unrinji Temple, podobnie jak nie mogę doczekać się następnego wyjazdu do Japonii!





1 komentarz: