wtorek, 10 października 2017

JAPONIA 19 - Sendai - dużo kocich miejsc i koncert Oomori Seiko



Do Sendai wróciliśmy dopiero wieczorem, trochę zmęczeni po całym dniu wrażeń (Tashirojima) i niewyspani (wstaliśmy przecież o 6 rano).


Nawet na ruchliwych ulicach jest zielono - nieprzypadkowo Sendai zwane jest Miastem Drzew.


Połaziliśmy trochę zadaszonymi shotengai (jakże praktycznymi w czasie deszczu), które są chyba w każdym japońskim mieście.


Wypatrzyłem Taiko no Tatsujin, więc zrobiłem sobie (kolejną) pamiątkową fotkę z Bębenkami :)


Usiedliśmy jeszcze na piwku. Ta izakaya miała stoliki na zewnątrz - yatta :)


Codzienne kadry Japonii - kot reklamujący karaoke (ale sporo mniejszy niż ten w Osace) i ekspresowe nocne roboty drogowe.


Kupiłem jeszcze magazyn Sping, którego reklamę ujrzałem przypadkowo w tv (to zdjęcie z kolejnego dnia, bo zabrałem lekturę do pociągu ;)



A oto koci powód (a nawet dwa) dla którego zakupiłem pismo modowo-lifestylowe.


I to właściwie tyle z pobytu w Sendai w 2016 roku. Spakowaliśmy się i rano wyruszyliśmy dalej, do Nikko.
Może jeszcze wspomnę, że urodził się tu Shunji Iwai. To jeden z moich ulubionych japońskich reżyserów, a jego filmy takie jak "All about Lily Chou-Chou" i "Love Letter" to absolutne arcydzieła, którym daję ocenę 10/10! Tyle że nie były akurat kręcone w Sendai.
Nie wiem czy też tak macie, ale ja jak odwiedzę jakieś nowe miejsce, to już po powrocie do domu lubię obejrzeć sobie film, którego akcja rozgrywa się tam gdzie nie tak dawno byłem (i przy okazji powspominać). Sendai nie jest może najbardziej wdzięcznym miastem do filmowania (to nie Onomichi, które żyje w dziełach Obayashiego), ale powstało kilka niezłych produkcji - "Gravity's Clown", "Potechi", czy "Golden Slumber" - zwłaszcza ten ostatni, będący japońskim odpowiednikiem "Ściganego", jest godny polecenia.



Powróciłem do Sendai w czerwcu 2017 roku.
"Pierwszą rzeczą, którą ujrzałem w Sendai, była gigantyczna statua bodhisattwy Kannona (sanskryckiego Awalokiteśwary). Stała na szczycie wzgórza i spoglądała na miasto." pisał Piotr Milewski w "Dziennikach Japońskich". Ze wstydem muszę wyznać, że nie widziałem ani tego  wysokiego na 100 metrów posągu Sendai Daikannon, ani pomnika przedstawiającego Masamune Datego w pełnej zbroi na koniu, o ruinach zamku nawet nie wspominając. Każdy turysta przyjeżdżający do Sendai zapewne odwiedzi Zuihōden (wspaniałe mauzoleum rodu Date) ja jednak byłem zbyt zajęty innymi kocimi sprawami...

No właśnie, Masamune Date (1567-1636). Założyciel Sendai, dzielny wojownik, zręczny taktyk, a z powodu braku prawego oka, nazywany był Jednookim Smokiem.
Już teraz wiecie, czemu Hello Kitty sprzedawane na dworcu, ma opaskę na jednym oku? :)



Date choć sam był znaczącym Daimyō i wraz z Hideyoshim Toyotomi brał udział w inwazji na Koreę, to po śmierci drugiego z "trzech zjednoczycieli państwa", przyłączył się do trzeciego - został sprzymierzeńcem potężnego szoguna Ieyasu Tokugawy (więcej o nim w rozdziale o Nikko).
Nazywany jest patronem chrześcijaństwa, co jest o tyle interesujące, że to za rządów Toyotomiego rozpoczęto prześladowania wyznawców tej wiary (słynni Męczennicy z Nagasaki), a Tokugawa w 1614 roku całkowicie zakazał chrześcijaństwa. Wcześniej, bo w 1603 roku, zakazał też wszelkich kontaktów z zagranicą (okres izolacji Japonii trwał aż do 1868 roku). A co zrobił Date? Zlecił zbudowanie europejskimi metodami statku, który w 1613 roku wypłynął by nawiązać stosunki dyplomatyczne z papieżem w Rzymie - a przy okazji była to pierwsza japońska podróż dookoła świata (replika galeonu Date Maru zwanego też San Juan Bautista, znajduje się w Ishinomaki - tylko szkoda, że o tym nie wiedziałem kiedy tam byłem).

Jak widać potężny (choć mierzący zaledwie 160cm wzrostu) Masamune Date, nie bał się mieć w tamtych czasach własnego zdania. Dzisiaj wciąż obecny w popkulturze - bohater wielu historycznych dram, kilku anime, a także kilkunastu gier video - pojawia się w tak głośnych przebojach jak Kessen, Total War: Shogun 2, Samurai Warriors 3 i 4, Sengoku Basara: Samurai Heroes, czy w wydanym niedawno hardkorowym (pod względem trudności) Nioh, gdzie jest jednym z najtrudniejszych do pokonania przeciwników!




W hali dworcowej odbywały się akurat targi regionalnych produktów. Idealne miejsce na darmową degustację :)





Oto jak dworzec w Sendai rozwijał się i zmieniał na przestrzeni wieków.



Iwaki Meisei University rekrutuje studentów na mangowo ;)



Dostrzegłem plakat reklamujący 5 edycję jakiegoś kociego święta. Niestety dopiero pod koniec czerwca... ale i tak kocich atrakcji w Sendai nie brakowało.


Do Kociej Świątyni, z dworca są jakieś 4 kilometry. Znaczną część trasy idzie się wzdłuż wiaduktu, więc nie trzeba za bardzo kluczyć po wąskich uliczkach.


Wejście do shintoistycznego chramu w dzielnicy Wakabayashi - mam nadzieję, że dobrze trafiłem. Trochę martwiłem się, bo blisko 3 tysiące domów w tej dzielnicy uległo zniszczeniu na skutek tsunami, w marcu 2011 roku.



Oto i jest Wakabayashi shrine. Ale mnie przecież interesuje neko-jinja (kocia świątynia).



Na szczęście tak to w shintoizmie bywa, że różne bóstwa koegzystują ze sobą w zgodzie - a kocie mieszka w malutkiej kapliczce po lewej od głównego pawilonu.


Oto prawdopodobnie jako pierwszy Polak, mogę przedstawić Wam z dumą Nekozuka-jinja. Już teraz wiecie czemu nie miałem czasu odwiedzić mauzoleum Date ;)
Po prawej, obok krzaczka widać kota stojącego na dwóch łapkach - a przynajmniej takie złudzenie, bo po dłuższej obserwacji, to jednak zwykły(?) pieniek. Natomiast okoliczni mieszkańcy opowiadają, że faktycznie zagląda tu często czarny kotek (stąd puszki z jedzeniem).

 







Jak każda szanująca się świątynia, tak i ta raz w roku ma swoje matsuri.




Zaraz przy wyjściu wypatrzyłem czarnego kotka - może to ten, co często odwiedza Nekozuka shrine?
Fajnie było, ale czas na drugą kocią świątynię w mieście - google maps pokazuje "tylko" 6 km :)



Po drodze dostrzegłem drugiego kotka :)


Pierwszy pomnik. Może to ktoś znany? A co, zrobię zdjęcie, w końcu ominąłem większość turystycznych atrakcji, na rzecz kocich :) Po bliższym przyjrzeniu się, facet wygląda na listonosza.


Drugi pomnik - tu już nie ogarniam o co chodzi ;)


Wypatrzyłem tanią sieciówkę Matsuya, w której stołowałem się zawsze grając w którąś z części Yakuzy :) Teraz wreszcie niewirtualnie mogłem posmakować tanich i smacznych potraw. Kāre raisu - może nie wygląda super apetycznie, ale uwierzcie mi (a nie Beacie Pawlikowskiej, której książki o Japonii nie dałbym nikomu do przeczytania nawet za karę) to jest pyszne! Zwłaszcza w zestawie z piwkiem i "zupą z misia" ;)


Kotek informuje, że w tym budynku znajduje się druga kocia atrakcja Sendai. Ale chwila, czy to nie miała być przypadkiem Kocia Świątynia?




 A mi to wygląda na sklep z japońskimi słodyczami. Koci sklep z japońskimi słodyczami!


Na szczęście w środku jest i ołtarz.


 Kamisugi Neko-jinja.



Tajemniczy sklepik kryje więcej kocich atrakcji. Te papierowe głowy kotów używane są prawdopodobnie przy matsuri.




Chciałem coś kupić. Już nawet wybrałem odpowiednią kocią łapkę, ale bardzo sympatyczny właściciel nie chciał słyszeć o zapłacie. I jeszcze dostrzegłem plakat, który uświadomił mi, że nieoczekiwanie czeka mnie jeszcze trzecia kocia atrakcja Sendai!
Co do japońskich słodyczy to spora szansa, że w środku będzie nadzienie jak nie z zielonej herbaty, to ze słodkiej pasty fasolowej anko - czerwoną fasolę azuki używa się przy wyrobie takich słodyczy jak dango (seria Tora-san się kłania), taiyaki (czyli te słynne rybki), dorayaki (naleśniki to przysmak kotka Doraemona, ale pamiętane też dobrze z filmu Naomi Kawase - "Kwiat wiśni i czerwona fasola") oraz oczywiście słodkie bułeczki manjū, w których specjalizuje się ten sklep.



Pożegnałem się i podziękowałem za prezenty - bo dostałem też inne upominki! Sam starałem się odwdzięczyć magnesem Kocich Podróży i tym wpisem na blogu :)



Niewiele jest w internecie informacji o tym miejscu, ale może to się komuś przyda.



Jeśli będziecie kiedyś w Sendai w dzielnicy Kamisugi, odwiedźcie koniecznie to wyjątkowe kocie miejsce i kupcie japońskie słodycze - (株)宝饅頭本舗  znajduje się TU.


W drodze do trzeciego kociego miejsca w Sendai, natknąłem się na paradę w iście amerykańskim stylu.






Ten fotograf chyba za długo grał w "Natsuiro High School" ;)



 Galeria Mini Mori znajduje się niedaleko dworca kolejowego.


Plakat, który dostrzegłem w kocim sklepie z japońskimi słodyczami, informował o odbywającej się akurat wystawie. Ależ znów mam kocie szczęście! Gdybym przyjechał do Sendai dwa dni później, to już by wystawy nie było (kończyła się 4 czerwca).



Bardzo lubię japońskie drzeworyty. A tu miałem okazję zobaczyć japońskie drzeworyty z KOTAMI!!! I jak się za jakiś czas przekonacie (nie chcę za bardzo spoilerować ;) było to preludium do tego co odwiedziłem później w Kioto. Jedyny problem z wieloma japońskimi muzeami jest taki, że bilet wstępu jest dość drogi (od 1000y wzwyż) i nie można robić zdjęć. No i wszystkie opisy są tylko po japońsku.


 Nie, to jeszcze nie jest fragment wystawy, a zdjęcia kotków wiszące w holu.


W galerii ustawiono nawet Kocią Świątynię! Przez ponad miesiąc w Sendai były więc aż trzy kocie świątynie - sugoi! :)


 A kamyczki dookoła ołtarza, zupełnie jak w neko-jinja na Kociej Wyspie.



Nie chciałem robić za wiele zdjęć z wystawy - jedynie kilka, by pokazać Wam piękno japońskich drzeworytów i że faktycznie na każdym z nich jest kot - zazwyczaj w konfiguracji z gejszą lub samurajem.





A to XIX-wieczny koci prekursor japońskiego komiksu manga :)


 W galerii było jeszcze miejsce poświęcone Tashirojimie - Kociej Wyspie.


I świetnie zaopatrzony w kocie dobra sklep - a ja znów dostałem prezent (eh Japonia :)







Do Sendai przyjechałem nieprzypadkowo akurat 2 czerwca.
Miałem bilet na koncert Oomori Seiko (teraz to znana piosenkarka, ale kiedyś zaczynała tak), która rozpoczynała trasę koncertową, promującą nowy album Kitixxxgaia.




Koncert miau miejsce w klubie Rensa - początkowo nie mogłem go znaleźć, bo przez myśl mi nie przeszło, że mieści się na 7 piętrze budynku :)



Oomori Seiko dała dwugodzinny koncert - brawo! A jak poznałem tą japońską artystkę? Śpiewała piosenkę Sexy Curry w endingu wybitnej jedzeniowej serii anime "Shokugeki no Souma" i można powiedzieć, że wpadła mi w ucho :)






W hotelu wypakowałem kocie prezenty. Teraz ta ręcznie robiona papierowa głowa kotka zdobi moją kocią półkę w Krakowie. Musiałem tylko kupić jakieś sztywne pudełko, by mi się nie pogniotła w bagażu, ale od czego sklepy Daiso ;)
Aha, czosnkowe chipsy Lays - co za pycha! Czy w Polsce mieszkają same wampiry, że nie ma w sklepach tego smaku?
Żeby już tak nie słodzić, to papierosków Golden Bat (to dlaczego są zielone?) nie polecam.


Poszedłem jeszcze na parę piwek do tej izakai, w której rok wcześniej byłem z Kubą - w sumie nic się nie zmieniło, poza tym, że usiadłem w środku i nie było już Lisy.



Wracając natknąłem się na korek taksówek - dobrze, że miałem blisko :)




Wróciłem do hotelu niczym prawdziwy japoński salaryman w piątkową noc - czyli z trudem ;)
Kocia łapka (Manjū) na kolację i pora spać :)



1 komentarz: