piątek, 14 kwietnia 2017

JAPONIA 11 - Kioto - Kitano Tenmangu i Kinkaku-ji - Świątynia Złotego Pawilonu





Było upalne wczesne popołudnie, kiedy postanowiliśmy wraz z Kubą wybrać się do Kinkaku-ji. Na mapie trasa od naszego ryokanu do Złotego Pawilonu wyglądała na krótki spacerek, w rzeczywistości idzie się dobrze ponad godzinę. Już na samym początku trafiliśmy na sympatyczną uliczkę, pełną starych drewnianych domów machiya.



Tu mapka objaśniająca co się w okolicy znajduje - niestety tylko po japońsku. W każdym razie uliczka ta prowadzi do Kitano Tenmangu.
Okazało się też, że całkiem przypadkowo znaleźliśmy się w Kamishichiken - najstarszej dzielnicy gejsz w Kioto. Ale podobnie, jak podczas wieczornego spaceru po Gion, żadnej gejszy nie spotkaliśmy.


Dostrzegliśmy za to drzewo rosnące na dachu - a może tylko nam się tak wydawało ;)



Upał był niemiłosierny - Garfieldek w nagrzanym czarnym samochodzie musiał czuć się jak w saunie



Dotarliśmy do shintoistycznego chramu Kitano Tenmangu. Wejścia pilnują oczywiście kotowate komainu :)


Do środka dostaliśmy się jakimś bocznym wejściem - nie była to niestety słynna brama Romon - no ale grunt, że weszliśmy :)


Mapka obiektu nie okazała się specjalnie pomocna. Poza tym zmierzaliśmy do Złotego Pawilonu, a tu trafiliśmy niejako przez przypadek, bo był po drodze.



Ponieważ nazwa mi się spodobała (kojarzyła się z japońskim reżyserem i aktorem Takeshim Kiatno, którego bardzo lubię :) to z ciekawości weszliśmy na chwilę do środka.



Oczywiście wiadomo, że świątynia nie ma nic wspólnego z twórcą szalonego teleturnieju "Takeshi's Castle" - BTW czy wiedzieliście, że gra na konsolę NES "Takeshi's Challenge" uważana jest za jedną z najtrudniejszych (i najdziwniejszych) w historii elektronicznej roz(g)rywki?



Wracając do Kitano Tenmangu - niech historię powstania kompleksu przybliży Wam Jolanta Tubielewicz, autorka książki "Mitologia Japonii".


Przychodzi tu wielu uczniów, by pomodlić się o powodzenie na egzaminach.






Swoje prośby wypisują na takich drewnianych tabliczkach Ema.



Przemywając rytualnie ręce i usta, można też (w taki upał) polać wodą zwierzaka.



Ale skąd tu tyle rzeźb wołu? Tak jest we wszystkich chramach poświęconych Tenjinowi.
Michizane urodził się (według chińskiego horoskopu) w roku wołu właśnie. Poza tym, po jego śmierci, podczas uroczystości pogrzebowych ciało umieszczono na wozie zaprzęgniętym w woła. W pewnym momencie zwierz padł na kolana i nie chciał ruszyć dalej, więc minister został pochowany w pobliskiej świątyni (mowa tu o Dazaifu Tenmangu w prefekturze Fukoaka).



Bramy Torii oddzielające sferę sacrum od profanum.



Kompleks słynny jest z licznych śliw (ulubionych drzew Michizane), których kwitnienie podziwia się wczesną wiosną. A to drzewko pozazdrościło chyba sośnie z Kociej Świątyni i też chciałoby rosnąć poziomo.


Wejście do skarbca Houmotsuden, w którym znajduje się wiele... skarbów oczywiście (takich jak miecz tnący demony).


Warto wybrać się do Kitano Tenmangu 25 dnia dowolnego miesiąca. Odbywa się wtedy festiwal, są tańce kagura na cześć Tenjina, a także pchli targ.



Jeśli ktoś lubi anime (zwłaszcza moe ;) i oglądał drugą serię K-On!!, pewnie pamięta, że w czwartym odcinku zatytułowanym "Field Trip", dziewczyny podczas wycieczki po Kioto, odwiedzają m.in. chram Kitano :)


Jeszcze krótki spacerek.




I zadowoleni (bo żaden egzamin już nam nie straszny ;) wyszliśmy przez bramę Sankomon.


Ruszyliśmy w dalszą drogę, zwracając uwagę na przydrożne buddyjskie kapliczki.


I kolejne bramy Torii przed shintoistycznymi chramami.


Zbliżając się do Kinkaku-ji, dostrzegłem wielki znak.


I to dosłownie - znak 大 (dai) oznacza właśnie wielki :)


Natychmiast przypomniał mi się film "Ohikkoshi", który Shinji Somai nakręcił w 1993 roku. W tej produkcji, tłem dla właściwiej opowieści są różne święta i festiwale w Kioto, a największe wrażenie wywarł na mnie fragment z palącym się wielkim znakiem.



Oczywiście to nie jedyny film, w którym pokazuje się Daimonji - płonący 大 jest również w komedii fantasy "Battle League Horumo", wspomina o nim też Jacek Wan w 27 odcinku serii "Między wschodem a zachodem".

16 sierpnia, na zakończenie Obon (święta ku czci zmarłych przodków) rozpalane jest na wzgórzach otaczających Kioto pięć znaków. Ponieważ obiecałem sobie, że kiedyś specjalnie polecę do Japonii w sierpniu by uczestniczyć w tym magicznym festiwalu Gozan no Okuribi, w tym rozdziale więcej nie będę się o Daimonji rozpisywał.



Wracamy do Kinkakuji - jesteśmy już blisko wejścia, a policjanci ze świecącymi pałkami kierują ruchem, pomimo obecności zarówno pasów jak i sygnalizacji świetlnej. Czegóż się nie robi dla bezpieczeństwa turystów ;)
Przy okazji, policja w Japonii jest kompletnie niewidoczna. Pamiętam jak będąc w Moskwie, niemal na każdym kroku można było spotkać mundurowych, a i kontrola dokumentów nie była niczym nadzwyczajnym, to w Kraju Kwitnącej Wiśni jeśli już spotykałem policjanta, to właśnie w takiej roli - oczywiście nie muszę chyba dodawać, gdzie czułem się bezpieczniej ;)



Droga prowadząca do Świątyni Złotego Pawilonu (oficjalna nazwa to Rokuon-ji - Świątynia w Ogrodzie Jeleni). Ponieważ jest to jedno z tych miejsc, które trzeba zobaczyć w Kioto, turystów jest bez liku - 4 miliony każdego roku!


A skoro jest ich tak wielu, to i oznaczenia na mapie powinny być również po angielsku, prawda? ;)


Budowę Złotego Pawilonu rozpoczęto w 1397 roku i początkowo była to willa szoguna Yoshimitsu, trzeciego z rodu Ashikaga. Dopiero jego syn Yoshimochi, czwarty szogun z rodu Ashikaga, zgodnie z wolą ojca przekształcił ją w świątynię buddyjską, gdzie praktykuje się zen związany ze szkołą Rinzai - tą samą, co w opisywanym wcześniej Kennin-ji.
Budynek jaki oglądamy dzisiaj, to rekonstrukcja z 1955 roku - co nie przeszkodziło mu zostać wpisanym w 1994 roku na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.


Więcej informacji znajdziecie w przewodniku "Miejsca Święte - Kioto" wydanego w serii Biblioteka Gazety Wyborczej.


W 1950 roku pewien psychicznie chory mnich podpalił Złoty Pawilon.
Cała Japonia zastygła w osłupieniu, a wybitny pisarz Yukio Mishima zainspirowany tym wydarzeniem, napisał powieść "Złota Pagoda" wydaną w 1956 roku.

O tej tragedii i motywach jakie do niej doprowadziły, opowiadają też następujące filmy:

Enjo (1958) reż. Kon Ichikawa (w Polsce wyświetlany pod tytułem "Płomień udręki").



"Chłopiec podpalił świątynię - mówił Kon Ichikawa. - To była zbrodnia. Ale ja chce postawić pytanie, dlaczego musiał popełnić ten czyn, dlaczego nie mógł postąpić inaczej... Wydawało mi się, że książka Mishimy znakomicie wyraża <ból naszego wieku>. Pomyślałem - oto nareszcie coś, co mógłbym przenieść na ekran, a co naprawdę wyrażałoby moje myśli." - tak zaczyna się recenzja Stanisława Janickiego w monumentalnym (acz pełnym spoilerów) dziele "Film Japoński" z 1982r.


Kinkakuji (1976) reż. Yoichi Takabayashi - mało znany, a również będący adaptacją powieści Mishimy, niski budżet starano się "wynagrodzić" nietypową erotyką, ale do dzieła Kon Ichikawy z 1958 roku, to mu bardzo daleko.



Również w amerykańsko-japońskiej produkcji Paula Schradera "Mishima: A Life in Four Chapters" będącej poetycką próbą spojrzenia na życie i twórczość Yukio Mishimy (z cudowną muzyką Philipa Glassa!), pierwszy rozdział nawiązuje do tych wydarzeń.




A tak wyglądał Złoty Pawilon (6 lat po rekonstrukcji) w filmie "My Geisha" z Shirley MacLaine.




Wracając jeszcze do Yukio Mishimy. Mam trochę niesmak, że zaledwie tak niewielki fragment jego twórczości, został przetłumaczony na język polski. Przecież to jeden z najwybitniejszych japońskich pisarzy XX wieku! Przez wiele lat był murowanym kandydatem do literackiej Nagrody Nobla - i pewnie wreszcie by ją otrzymał, gdyby w wieku 45 lat nie popełnił seppuku.
Czytelnikom, którzy chcą dowiedzieć się o nim trochę więcej, polecam obejrzeć wspominany już wyżej "Mishima: A Life in Four Chapters", oraz "11.25 The Day Mishima Chose His Own Fate" (będący ostatnim niestety filmem, jaki wyreżyserował Koji Wakamatsu), oraz dokument "The Strange Case of Yukio Mishima".
I oczywiście "Yukoku" ("Patriotism") - średniometrażowy, autorski film Mishimy, który nie tylko go wyprodukował i wyreżyserował, ale też zagrał w nim główną rolę.
Poniżej zdjęcie pisarza (wraz z kocim towarzyszem) przy pracy.


Widzicie to szaleństwo? Walkę o każdy skrawek wolnej przestrzeni, by tylko zrobić ładne zdjęcie.



No to podobnie jak inni, postanowiłem obfotografować Złoty Pawilon z każdej możliwej strony ;)



Wodospad Bram Smoka (Ryumonbaku) i kamień w kształcie karpia (Rigyoseki).


Szczęśliwy rzut monetą.



Wszyscy rzucali, rzuciłem i ja - nawet cztery razy :)




Udało mi się raz trafić do kamiennej misy. Ale przed nią jest jeszcze mały gong do którego również można celować - w sumie to nie wiem gdzie lepiej i co daje większe szczęście, ale gong ma przyjemny dźwięczny pogłos.


Ruszyliśmy dalej, by dotrzeć nad...


Anmintaku - Staw Spokoju. Ponoć jest bardzo głęboki (jak na staw, bo przecież Bajkał to nie jest ;)



Na wysepce wypatrzyłem Kopiec Białego Węża (Hakuja-no-Tsuka).


Dobrze, że mieliśmy przewodnika, który objaśnił nam, że to pawilon herbaciany Sekka-tei :)


Kolejne już w tym rozdziale interesujące drzewo :)


Do Pawilonu Fudo ustawiają się prawie zawsze kolejki. Wewnątrz znajduje się posąg Fudo Myoo, jednak jest on schowany przed wzrokiem zwiedzających (chociaż jeśli się ma szczęście, dwa razy do roku można go ujrzeć).





W każdym rozdziale musi być jakiś koci element, wiec proszę - na stoiskach z pamiątkami można było kupić Hello Kitty Złoty Pawilon Edition :)


Na terenie Kinkaku-ji, dokładnie w tym miejscu, można napić się zielonej herbaty - z dedykacją dla "podróżniczki" Pawlikowskiej, by nie pisała już więcej takich książek jak "Blondynka w Japonii"...


Nawet takie niezbyt rozgarnięte bohaterki "K-On!" nie miały z zamówieniem herbaty problemu ;)


W taki upał perspektywa wypicia gorącej herbaty (i co z tego, że zielonej) wydawała nam się niedorzeczna - za to lody z matcha były przepyszne!




3 komentarze:

  1. ŚWIETNE! Sam nie wiem: czy jakbym tam był, czy żałować, że nie byłem z Wami... (?)
    PS. Chciałbym się coś dowiedzieć o swastykach w Japonii. Wiem o tym znaku wiele, ale o wersji japońskiej nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swastyka (lewoskrętna) przywędrowała do Japonii wraz z buddyzmem. Często znakiem manji (卍) oznacza się na mapie buddyjskie świątynie. Były plany, by przed zbliżającą się Olimpiadą w Tokio (2020r.) jakoś to zmienić, by przypadkiem nie urazić zachodnich turystów, ale na szczęście chyba nic z tego nie będzie.
      Bonusowo łap trailer bardzo przyjemnego filmu Masamury :)
      https://www.youtube.com/watch?v=xFUa52e8i-g

      Usuń
  2. Złoty Pawilon - bardzo ciekawe filmowe trivia. BTW, jako człowiek zgoła niereligijny stwierdzam, że japońskie świątynie wydają mi się dużo bardziej sprzyjające przeżyciom duchowym niż współczesne polskie marmurochramy...

    OdpowiedzUsuń