czwartek, 20 kwietnia 2017

JAPONIA 13 - Kioto - Fushimi Inari-taisha




Pozostajemy we wschodniej części Kioto. Napicie się Czystej Wody w Kiyomizu-dera pobudziło nasz apetyt. Ale nie mieliśmy czasu na dłuższy postój - zbliżał się wieczór, a chcieliśmy jeszcze zdążyć podejść do dzielnicy Fushimi i wrócić do hotelu koło godziny 23, ostatnim autobusem.


Na jednej z uliczek odchodzących od Świątyni Czystej Wody, wypatrzyliśmy smacznie wyglądające bułeczki z wieprzowiną.


Przekąska, szybkie piwko, papierosek (bo przecież w Japonii nie można normalnie iść ulicą i palić) i mogliśmy ruszyć w dalszą, pięciokilometrową drogę.



Zaczynało zmierzchać, a nie byliśmy nawet w połowie trasy. Minął nas samochód "kociej" firmy kurierskiej, o której już parę razy wspominałem :)


Na wystawach też kotki :)


Szkoda, że już było zamknięte.


Nogi trochę pobolewały, więc zarządziliśmy przerwę na browara. Taka typowa izakaya dla "lokalsów", gdzie "mama-san" rządziła za barem.



W tv przypadkowo wypatrzyłem reklamę nowego numeru jakiegoś pisma o modzie dla kobiet. Z pewnych względów musiałem je mieć, ale więcej o tym (kocim oczywiście ;) zakupie, dopiero w rozdziale z Sendai :)



Kampai! :)



Zbliżała się już dziesiąta wieczór, gdy wreszcie dotarliśmy pod Fushimi Inari-taisha - polecaną bardzo przez TripAdvisor. Ale znów mieliśmy (kocie?) szczęście - o tej godzinie na terenie całego kompleksu nie spotkaliśmy ani jednego turysty!


Inari to bóstwo rolnicze, czczone w całej Japonii w 32 tysiącach(!) shintoistycznych chramów. Głównym chramem, któremu wszystkie inne podlegają jest Fushimi Inari-taisha w Kioto - jego początki sięgają 711 roku. Inari znaczy "obradzające ryżem", w ludowych wierzeniach często płeć i forma była bliżej nie sprecyzowana - po prostu to życiodajna siła, dzięki której pola obradzają. Ale równie często (choć błędnie) utożsamiano je z lisem - dlatego że we wszystkich chramach Inari znajdują się figurki lisów. Kapłani sprzeciwiają się takiemu wizerunkowi, a dobre lisy (zenko) w kolorze białym, są tylko wysłannikami tego bóstwa. Przyjęło się, że to zazwyczaj osoba płci żeńskiej, znana pod różnymi imionami (zależnie od regionu), o wysokiej randze w japońskim panteonie bóstw.

Z pewnością więcej ciekawych informacji ma do przekazania Profesor Jolanta Tubielewicz w "Mitologii Japonii":


 "Wielowiekowa tradycja poucza, że lisy znajdują przyjemność we wcielaniu się w ludzi i doprowadzaniu ich do..."


Przy wejściu mijamy wielką bramę Torii - spokojnie, będzie ich więcej :)


Brama Romon (1589r.) robi spore wrażenie. A z lewej chōzubachi, czyli zbiornik z wodą, gdzie należy symbolicznie przemyć łapki i usta.


Pięknie podświetlony haiden - pawilon oddawania hołdu. Na terenie chramu (ale w dzień) można też kupić lisi przysmak, czyli smażone tofu :)


Kitsune (czyli lisy) bardzo często pojawiają się w japońskiej popkulturze - w mangach i anime. Prawie tak często jak kotki :) Jest tego tyle, że nie ma co wymieniać wszystkich tytułów, ale najczęściej mamy jakiegoś liska, którzy przemienił się w słodką, kawaii bohaterkę (np. "Kanokon"), czasem posłańca bóstwa w świątyni Inari ("Gingitsune"), ale zdarza się i poważniejsze podejście do tematu - bardzo dobre ghost story "Kosetsu Hyaku Monogatari", czy wręcz wybitna seria "Mononoke".
Na pewno słyszeliście też o japońskim zespole Babymetal, który jest coraz bardziej popularny na całym świecie (BTW dwa dni po powrocie z Japonii, pojechałem na ich koncert do Wiednia :)
Dziewczyny przyznają, że zespół powstał dlatego, bo taka była wola lisiego bóstwa (Fox God, choć po japońsku wymawiają je Kitsune-sama) i występując oddają mu hołd. Podczas koncertów w Kraju Kwitnącej Wiśni na scenie rozmieszczone są nawet kilkunastometrowe posągi lisów!
A tu ich "lisi" teledysk Megitsune (co znaczy Female Foxes):



Sam chram Fushimi Inari też jest często pokazywany w filmach.

W anime "Inari, Konkon, Koi Iroha" w świątyni rozgrywa się znaczna część akcji - zresztą zobaczcie opening:



Jakże piękna jest scena w "Wyznaniach Gejszy":



O Fushimi Inari nie zapomniał też Nagisa Oshima w "Kyoto, My Mother's Place":




No to weszliśmy w ten słynny "tunel" z kilku tysięcy cynobrowych bram Torii.


Naprawdę polecam wybrać się nocą - brak żywej duszy i można "wczuć" się w klimat.




W upalny dzień pewnie nie chciałoby mi się iść jakieś cztery kilometry pod górę, w dodatku przepychając się pośród setek zmęczonych turystów.


Ale o tej godzinie, marsz pod górkę był przyjemnością, choć czasem trzeba było zatrzymać się na chwilę i odpocząć.
Wiedzieliśmy już, że nie ma szans na to, byśmy zdążyli na ostatni autobus. Kuba trochę się tym przejmował (nie uśmiechało mu się wracać drugą noc z rzędu "z buta"), ja tam byłem tak zafascynowany tym miejscem, że nie zastanawiałem się zupełnie jak i o której wrócę ;)


Można było posłuchać "śpiewu" cykad.


Robiło się też coraz bardziej tajemniczo.


Ale czy również strasznie? Nie! Przecież jest się otoczonym przez te dobre lisy - zenko.


Chociaż takie miejsca kojarzą mi się trochę z przerażającą grą "Fatal Frame 2".


Warto było wdrapać się na 233 metrową górę Inari.



Krótka chwila na podziwianie widoku Kioto nocą (i złapanie oddechu :) i trzeba wracać na dół.


Teraz dopiero widać (po napisach), że każda z bram Torii została ufundowana przez jakiegoś innego sponsora - w końcu Inari to także bóstwo przemysłu i powodzenia. Jakbym chciał takie Torii, z Kocimi Podróżami, musiałbym przygotować co najmniej 400 tysięcy jenów za małą bramę, a ponad milion za dużą.


Jeszcze na terenie Fushimi Inari spotkaliśmy tajemniczego kotka. A może to był lis, który przemienił się w kota, by nas nie przestraszyć a jednocześnie móc obserwować, co dwóch gaijinów robi tu o tak późnej porze? ;)


Na koniec wizyty, jeszcze kilka screenów z 10-odcinkowego anime "Inari, Konkon, Koi Iroha":




Niedaleko od wyjścia, dostrzegłem kocią kawiarnię - oczywiście nieczynną o tej porze.


Jednak to nie o kotach (ani lisach) w tej chwili myślałem, tylko o zimnym piwku :)


Panowie nocą przy pracy - wykopali dużą dziurę, to do rana muszą ją załatać.


Wreszcie znaleźliśmy czynny o tak późnej porze (dochodziła północ) lokal Ansonia Cafe. Zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej - wracać przez kolejne kilka godzin na piechotę, czy wykosztować się niemało na taksówkę. Na szczęście właściciel podpowiedział, że zaraz obok znajduje się prywatna linia kolejowa i możemy pociągiem podjechać kilka przystanków na północ. Wprawdzie nie dojedziemy pod sam ryokan, ale na pewno będziemy mieli bliżej.


Zauważyłem, że za barem jest ładna kolekcja banknotów (były nawet polskie), więc dałem mu "unikatową" stówkę z Waryńskim, pamiętającą jeszcze czasy PRL-u :)


100zł wisi do dziś. A w zamian dostaliśmy po amulecie z liskiem :)


Poczekaliśmy chwilkę na pociąg, który dowiózł nas na odpowiednią stację. Stamtąd jeszcze godzinka spaceru do naszego ryokanu i poszliśmy spać. I tak (szczęśliwie) zakończył się kolejny dzień w Kraju Kwitnącej Wiśni :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz